Bliższą, bardziej od serca relacją, podzieliła się z nami jedna z uczestniczek rejsu po Wielkich Jeziorach Mazurskich – uczennica kl. II TOR Klaudia Oleksiak.

Od dawna chciałam przeżyć jakąś przygodę, a właśnie taką wydawał się rejs. Dlatego zapisałam się jako pierwsza i nie mogłam się go doczekać. Perspektywa żeglowania po tak wielkich jeziorach, nie pontonem czy kajakiem, a wielkim jachtem, do którego sterowania potrzeba większych umiejętności niż machanie wiosłem i większej ilości osób – bardzo mi odpowiadała.

Dlatego kiedy po raz pierwszy wypłynęliśmy, kiedy każdy miał przydzielone zadanie na jachcie, i kiedy sternik był na swoim miejscu, a kapitan dawał polecenia byłam przepełniona wielką radością i szczęściem.

Szum fal uderzających o dziób i burty naszego statku, wiatr wyjący w żaglach i wspaniałe opowieści jakimi dzieliła się cała załoga. To właśnie będę miała przed oczami, gdy wspomnę sobie pierwszy w moim życiu rejs.

Oczywiście, żeby nie było tak kolorowo – wszyscy mieli przydzielone zadania, także i pod pokładem. Przecież nie najedlibyśmy się tylko szumem fal! Przez cały rejs każdy z nas miał przydzielane co dzień inne obowiązki, np. mnie przypadły dwa dni szorowania pokładu (w czym jestem wspaniała, nie mówiąc o wyżymaniu szmat), dwa dni kambuza (czyli kuchnia, robienie jedzenia, zmywanie i troska o zaspokajanie potrzeb załogi w zakresie herbaty lub kawy) i ostatni dzień – STER. Bardzo mi to odpowiadało, a jakże. Cały ten rejs minął jak jeden, długi sen. Poznałam bliżej moich kolegów oraz nauczycieli od tej bardziej „ludzkiej strony”, nauczyłam się podstaw sztuki żeglarskiej i mam teraz w planach zrobić patent żeglarski.

Czekam już z niecierpliwością na następny rejs. Mam nadzieję, że tym razem odbędzie się w większym gronie i będę mogła Was, drodzy koledzy i koleżanki ze szkoły poznać, (jeszcze Was nie znam, ale rejs jest wspaniałą okazją ku temu, bo w końcu prawie cały tydzień, cały czas jesteśmy razem, a to coś daje). Będą mogła pokazać Wam jak wspaniałą sprawą są rejsy i nauczyć jak się dobrze wyżyma szmatę. Z pewnością jak raz popłyniecie – zechcecie więcej. Tak jak ja, która przeżyła porejsową depresję, a w głowie już tylko pobrzmiewa szanta „Gdzie ta keja”…